piątek, 4 lipca 2014

krótko - czyli o czym myśli cykor

    Niby coś tam wiem i rozumiem, niby mam ten wiek i swój bagaż i umiem nazywać emocje, ale czasami zdarzy się coś tak dziwnego i nie spodziewanego, że nie ogarniam. Przecieram szybki w okularach, szczypie się w rękę i pukam w czoło. Uciekać mi się chce, uciekać ze strachu, bo przecież rzeczywistość… no właśnie jaka ona jest? Jest taka jak ją odbieram przez cały pryzmat swoich doświadczeń, przemielam ją po swojemu, przetwarzam, ale może, a raczej na pewno nie umiem obiektywnie się jej przyjrzeć. To niemożliwe. 
  
    I radość jest i kupa pozytywnych uczuć, takich dziwnych i niespodziewanych i nie do uwierzenia wszystko. Uciekać chcę.

    I co teraz?

   Chciałabym w moim życiu czegoś pewnego, czegoś stałego i niezmiennego, takiego, żeby czuć cały czas że będzie dobrze i bez obaw dać się ponieść i nie rozkminiać, po prostu czuć, a nie mam tego, wszystko mi się rozmywa, zmienia, jedyna pewność to ja sama.

   Może po prostu trzeba się cieszyć chwilą, każdą minutą, sekundą, każdym nawet małym słowem. Bo pewne jest tylko to, że jestem ja i mam tę swoją niepewną teraźniejszość.

/takie bzdury pisze kiedy się boję/



Pzdr.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

CIUCHOWY RECYKLING czyli jak się ubrać ekonomicznie


      Ubieranie się, przy cienkim portfelu to nie lada wyzwanie, ale co tam... lubimy wyzwania :). Zawsze interesowały mnie opowieści mojej mamy jak to w czasach jej młodości w sklepach nie było takiego wyboru jak teraz, a druga kwestia to, że nie miała na garderobę dużych funduszy. Miało to oczywiście dobre strony, człowiek był wtedy bardziej kreatywny, przerabiał, szył, kombinował. I tak powstawało wiele sukienek i spodni dzwonów, farbowanych koszulek, broszek biedronek ze szczoteczek do paznokci i czarnych chodaków w białe kropki. Dzisiaj przy ogromie tego, co oferują sklepy czasami można oszaleć, szczególnie, gdy ktoś ślepo podąża za modą. Ja nigdy tego problemu nie miałam, gdy pojawiał się boom na coś podchodziłam do tego ostrożnie i myślę, że to jest dobry sposób. Z mody powinno się wybierać te elementy, które pasują do naszej sylwetki, karnacji, stylu życia, a nie na ślepo coś kopiować. Poza tym podejście recyklingowe sprzyja środowisku, portfelowi, rozwija naszą kreatywność i poprawia kondycję /jeśli praktykujemy maraton po lumpeksach odległych od siebie/ :).

      Przy niewielkim budżecie, trzeba trochę pokombinować i tak np. z jednych spodni, które dostałam i nabierały mocy w szafie przez długi… długi czas powstały, po przeróbce "uszyj mi Marto" świetne krótkie spodenki z mankietami na lato, a z czarnych dżinsów za 10 złotych zrobiły się rurki. Dobrze jest poddać swoją szafę takiemu recyklingowi, coś zwęzić, skrócić, przerobić. Teraz w planach mam kolejne zwężenie i skrócenie spodni, które w lumpku kupiłam po 3 złote. Doliczając koszt usługi Marty i tak wyjdzie mnie to niezwykle tanio /jeszcze lepiej byłoby, gdybym sama umiała to zrobić/.

     Inny sposób to wcześniej wspomniane ciucholandy, ostatnio wyprzedaże w normalnych sklepach też są poza moim zasięgiem, więc zaczęłam częściej zaglądać do ciucholandów i np. zeszły czwartek upolowałam śliczną miętową, bawełnianą sukienkę /New Look/ idealną na upały :) za całe 5 złotych! Lubię łączyć w zestawy coś, co mam z lumpa, z jakąś fajną torebką i butami, dzięki takiemu podrasowaniu dodatkami, można osiągnąć fajny efekt za niewielkie pieniądze.
 
czarne rurki po przeróbce "uszyj mi Marto"

i rozmyta ja w szarych porciętach, mankiecików niestety nie widać, ale podoba mi się takie rozmyte zdjęcie :)

Pzdr. :)

piątek, 30 maja 2014

Ach te niespodziewajki

    Zdarzają się też takie chwile, kiedy mam wrażenie, że nadmiar  "wrażeń" mnie przerasta. Kilka tygodni temu jeden liść od losu, wiadomość na temat zdrowia, ale ok. już się z tym pogodziłam i stwierdziłam, że będzie dobrze - nie minął miesiąc, a tu następny liść...
    Wierzę, że można się nauczyć optymizmu, czy zdrowego realizmu pomimo uwarunkowań wyniesionych z domu, można się nauczyć radzić sobie i trzymać fason mimo przeciwności. Sama uważam się za osobę silną, wrażliwą, ale silną! z niejednego życiowego dołka wyszłam, pozbierałam się, dałam radę. Czasami tylko…  jak się trafi nowa „niespodziewajka” /czyt. taka jak dzisiaj/ mam ochotę pierdolnąć ręką w ścianę i krzyczeć kuuuurwaa! Dobrze, że mój wkurw nie trwa długo. Co by na to sąsiedzi powiedzieli... 
   W pierwszym momencie problem mnie paraliżuje, mam ochotę zwinąć się w kłębek, ryczeć w kącie i szukać rycerza, który mnie osłoni swą srebrną tarczą,  ale później podnoszę głowę, zagryzam zęby, pokazuję przeciwnościom mojego FUCKA i działam, szukam pozytywów, nie łamie się. Pieprzyć przeciwności, pieprzyć je, robić swoje, układać życie po swojemu. Wierzyć w siebie, w to że dorastamy do wymagań jakie stawia życie. To jest ważne.


   

 
W naszych głowach bytują pewne stworzenia, które należy regularnie podduszać ;)


Pzdr.

czwartek, 29 maja 2014

Co u MG czyli jak przeżyć za małą kasę i nie zwariować

     A no niełatwy ten miesiąc, niełatwy. Większość wypłaty poszła na 2 ratę za szkołę czyli jakieś 8 stówek, po zapłaceniu rachunków /czynsz, prąd, gaz, śmieci, telefon, Internet, plus rata kredytu, który spłacam/ niewiele zostaje, bardzo niewiele :P
Ostatnio więc mocno zaciskam pasa. Opłacam wszystko i na żarcie zostaje za mało zdecydowanie za mało, już nawet nie wspominam o innych potrzebach jak np. kupno butów na wiosnę… albo wypad do Krakowa, kiedy jadą najlepsze przyjaciółki. Niestety takie „wysublimowane” potrzeby schodzą na dalszy plan... Nie łamie się jednak, z czasów mieszkania w domu rodzinnym posiadam umiejętność minimalizowania swoich potrzeb chociaż to nic przyjemnego, ale traktuje to jak okres przejściowy. Wiele rozrywek można zapewnić sobie bez nakładów pieniężnych jak np. bezpłatne warsztaty fotografii w bibliotece, na które właśnie chodzę :). Rozkminiam teżróżne tanie przepisy. A ciuchy?
na nowe już od jakiegoś sporego czasu /odkąd zaczęłam zaoczne studia/ nie wydaję kasy. Jedynie na co sobie pozwalam to ciucholand i przeróbki starych ciuchów u Marty /recykling szafy/.  Dobry myk mam też z fryzjerem, raz na 4 miechy wpadam na strzyżenie całości, a co miesiąc za free obcinają mi grzywkę, farbuje się sama , jeśli chodzi i hennę brwi i regulację też robię sama.
    Na wielu rzeczach można oszczędzać, z wielu zrezygnować, zresztą ostatnio myślę, że ja naprawdę niewiele potrzebuję. Tylko szkoda mi, wypadów ze znajomymi tak częstych jakbym chciała i gotowania tego na co mam ochotę i wypróbowywania nowych przepisów – co sprawia mi OGROMNĄ przyjemność – no ale cały czas liczę, że to stan przejściowy ;) Postanowiłam więc wrzucać od czasu do czasu przepisy kuchni kryzysowej, czyli takie kiedy w portfelu mało, a trzeba jeść,  żeby nie wyglądać jak zombie. Zachwyciłam się blogiem - kobiety, która pisze o planowaniu jadłospisu i to dla całej rodziny przy niewielkim budżecie. Przy całej skromności życia, robi to wszystko z głową i niesamowitą pogodą ducha. 


A tu taki łach czyli "Szczepan i Irenka" o oszczędnym życiu, serial z Canal+, który kiedyś bardzo lubiłam.



Poniżej zdjęcia mojego ostatniego żarcia zabranego do pracy, kotlety z białej fasolki z surówką z marchewki, jabłka z cynamonem + rzodkiewa na vinylu ;) i kryzysowa pomidorowa, której wyszedł mi cały gar i którą zajadam ze smakiem. W ramach oszczędnych rozrywek - wyszperałam też 2 filmy w bibliotece z nowego kina rosyjskiego. :)




Pzdr.

poniedziałek, 5 maja 2014

Taki dziwny był ten kwiecień

Pogoda jaka jest każdy widzi,  w postanowieniach jakoś się trzymam, jem znacznie mniej słodyczy, czyli ograniczam,  ćwiczę brzuszki z Tammylee i więcej czytam. Miałam właściwie rozliczyć się z tego ile wchłonęłam strawy dla ciała i duszy jest tego sporo więc poprę to kilkoma przykładowymi zdjęciami.  Niestety referat z hkk jak zwykle jest pisany na ostatnią chwile i jeszcze ten wypadek w pracy. Spadłam ze schodów, skręciłam nogę i zerwałam torebki stawowe. Jestem unieruchomiona akurat wtedy gdy mam latać po bibliotekach i zbierać materiały do referatu.
Dużo rozkminiam, niestety myślę o tym, co by było gdyby moje życie poukładało się inaczej i to zupełnie bez sensu, bo niektóre sprawy się nie zmieniają i myślenie o tym rozpieprza mnie na małe kawałeczki. Chce iść naprzód, niestety sentymentalizm to chyba moja cecha wrodzona. Ciężko jest po tak długim czasie przyzwyczajania się do czegoś ważnego, po tak długim czasie dzielenia z kimś codzienności, wymazać wszystko z pamięci. Chciałabym się ubrać w taki gruby ochronny pancerzyk.  Jestem trochę jak taki pocisk z opóźnionym zapłonem, świadomość tego wszystkiego, co wydarzyło się pod koniec zeszłego roku, dotarła  do mnie z opóźnieniem. W zeszycie, który założyłam jeszcze w trakcie sesji kołczingowych  napisałam „najbardziej bolesne są marzenia, które zapowiadały się bardzo realnie, a się nie spełniły. Trzeba marzyć ostrożnie” i to zdanie opisuję w jak chujowym nastroju właśnie jestem. Bo przecież normalnie wcale się nie zgadzam z „marzeniem ostrożnie”, to bzdura! Marzyć i żyć trzeba odważnie i z pasją!, a nie ostrożnie. Póki co cisnę temat z ćwiczeniami i czekam na cudowny zbawienny ich wpływ na mój nastrój.

Więc sobie pomarzę o:
Tarcie czekoladowo-kokosowej z płatkami migdałów
Mięśniach brzucha takich jakie miałam kilka lat temu
Formie jaką miałam 3 lata temu
Wypadzie do Bawarii i zwiedzaniu Niemiec
Kilku wycieczkach z Wytwórni Wypraw
Powrocie do tańca i warsztatach z kontakt improwizacji
Wakacjach nad morzem
Długich włosach
Licencjacie z INIB
Dobrej znajomości rosyjskego
I takiej bliskości od której cierpnie skóra i porozumieniu bez słów


Marilyn i francuzy z jabłkiem
śniadanko
racuchy

Lekturka + kawa jak zwykle na sojowym lub ryżowym i koktail bananowo-pietruchowy. Pzdr.