Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozytywne myślenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozytywne myślenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2014

kto i co najlepiej podnosi mi poziom endorfin

   Jadę sobie tramwajem i czuję że mnie łapie jakąś jesienna chandra, a tu SMSiak od moich wariatek. Zaprosiły mnie na późny obiad i mimo, że same nie są wege, ani tym bardziej wegan zrobiły mi wegańskie żarcie. Na obiados "przegrzebki" z sosem z białego wina i mleka koko i kaparami, a na deser, co prawda nie wegańskie, ale za to bezglutenowe ciasto pomarańczowo migdałowe. Postaram się niedługo zweganizowac ten przepis zobaczymy czy mi wyjdzie…

   Pogoda jaka jest każdy widzi, lubię jesień, ale musze się pilnować żeby za dużo nie rozkminiać i nie wpadać w ten „nieśmieszny” nastrój. Niezawodnymi sposobami na podniesienie poziomu endorfin są przyjaciele m.in. moje małpy z Krzyków, albo w tym przypadku moje wariatki z Daszyńskiego. Aby przetrwać ponure pory roku trzeba sobie znaleźć jakieś sposoby na doładowanie akumulatorów: spędzać jak najwięcej czasu z bliskimi ludźmi, dużo czytać, oglądać, chodzić na spacery, albo /w moim przypadku działa najlepiej/ na taniec. Każdy ma cos takiego, wystarczy się zastanowić co nas „podnosi”, myślę, że bez trudu można wymienić przynajmniej 5 takich „baterii”:

1.    Przyjaciele – małpy, wariatki i inne śmieszne stwory
2.    „Biesiadowanie” /jedzenie - najlepiej wegańskie, pogaduchy, śmiech/
3.    Spacery
4.    Głaskanie futer
5.    Taniec, ruch
6.    Czekolada „maj low” ;)

"przegrzebki" najlepiej smakują posypane świeżo zmielonym pieprzem

Gosia i Doris. Omnomnom :)

mistrz kuchni poleca, czyli "przegrzebki" w wykonaniu Gosi :)

przepis dla mnie "po polsku" :P

ciacho pomarańczowo migdałowe
Prezent od Doris, która w ostatni weekend eksplorowała łódzkie knajpy, opuszczone fabryki włókiennicze i odwiedziła też sklep firmowy "Pan tu nie stał".

 Pozdrawiam ciepło K.


wtorek, 21 października 2014

POKONANIE POTWORA i WEGAŃSKIE WARSZTATY czyli o tym jak czasami wszystko się układa :)

   Jakiś czas temu pisałam o tym jak mi się świat wali na głowę, ale spinam dupę i się nie poddaję. Nie było łatwo wytrwać w tym byciu „twardzielem”.  Co innego jeśli nam się zwala jeden problem, a co innego gdy nadwyrężeń jest więcej. Dałam radę i po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że życie jest trochę popapraną sinusoidą i żeby o tym nigdy nie zapominać. Jeśli przez dłuższy czas jest naprawdę źle to trzeba pamiętać, że nie będzie tak zawsze… i nie można się poddawać.
   Niedawno udało mi się rozwiązać jeden poważny problem, przez który od kilku miesięcy miałam wrażenie jakbym żyła pod wodą… Na wiosnę dowiedziałam się, że miasto Wrocław szykuję przeciwko mnie pozew, ponieważ ktoś inny narobił potwornych długów, a ja dla takiej windykacji jako osoba ze stałym, pewnym dochodem, byłam łatwym celem. Najważniejsze w takiej podbramkowej sytuacji to po pierwszym wkurwie trzeba trochę ochłonąć i się zastanowić jak można rozwiązać problem, w tym przypadku padło na wybór darmowej porady prawnej. We Wrocławiu jest kilka miejsc, w których dyżurują darmowi prawnicy m.in. przy ulicy Szajnochy /Biuro Porad Obywatelskich/. Polecam wszystkim, którzy znaleźli się w podbramkowej sytuacji i nie wiedzą co robić. Najgorsze co można zrobić to się poddać,  nie znając swoich praw i możliwości rozwiązania problemu. Nikt nie jest alfą i omegą, czasem trzeba wyciągnąć rękę po pomoc. Opłaciło się postąpiłam zgodnie z tym co poradziła mi prawniczka, kilka miesięcy zajęło mi żeby pozbierać potrzebne dokumenty. Znaleźli się dobrzy ludzie, którzy mi w tym czasie pomogli i udało się.
   Teraz trochę czuję się jakby mi ktoś rozwiązał pętle z szyi, mogę oddychać i spać spokojnie. I nawet nie chce myśleć jak wyglądałoby moje życie gdybym się załamała tą sytuacją i zaczęła spłacać tę horrendalną kwotę. Brrrrr :P

Moje życie w moich rękach ;)
    Jakby tego było mało udało mi się /wspominałam o tym na fanpejdżu/ zorganizować wegańskie warsztaty kulinarne u siebie w pracy. Inicjatywa została przemycona przy okazji dużego projektu kulturalnego zwanego Senioraliami /obchody dnia seniora/, które są organizowane we Wrocławiu przez kilka instytucji, jest to duża i chętnie odwiedzana przez osoby starsze impreza. Sam warsztat okazał się strzałem w przysłowiową 10tkę. Zapisało się około 30 osób. Strasznie mi zależało żeby zainteresować weganizmem tę grupę wiekową, żeby posłuchali o takim stylu życia od osób, które żyją tak na co dzień i zajmują się profesjonalnie gotowaniem i przekonali się że nie jest to takie dziwne jak sądzą.
   Na początku warsztatu prowadzące – szefowe Latającej kuchni musiały przebić się trochę przez zakorzenione stereotypy, usłyszały nawet pytania o poziom hemoglobiny. Poradziły sobie świetnie, z uśmiechem na ustach i spokojem wyjaśniały wszelkie niejasności, gotowały dania pełne aromatycznych przypraw. Zapach tak się roznosił, że pachniało już przy wejściu na korytarz, przy windzie. Niespodzianką tych warsztatów był poczęstunek, oprócz samego pokazu gotowania, przyrządzania, past, dipów, sals, bułek, sałatek i curry uczestnicy mogli skosztować wegańskich potraw. Sam temat wzbudził naprawdę spore zainteresowanie, notowano przepisy i zachwycano się smakiem potraw. I pomimo, że oczywiście nie liczę na to że uczestnicy przejdą na weganizm, to może dzięki temu spojrzą łaskawszym okiem na styl życia swoich dzieci, wnuków czy znajomych i przemycą czasem jakąś wegańską salsę na swój stół. Było pysznie! Życie jest pyszne. :)

przygotowania do warsztatów
bezglutenowe bułki z własnego wypieku i mnóstwo zdrowej surowizny

salsa śliwkowa, hummus, twarożek ze słonecznika, pasta z zielonego groszku, kiełki i słonecznik
Tabouleh z kaszy bulgur ze świeżą miętą
trzy szefowe kuchni z humorem odkrywają przed uczestnikami tajniki kuchni roślinnej
salsa śliwkowa w trakcie przygotowania
warzywne curry z dynią i mlekiem kokosowym. Pycha!
Mistrzostwo świata czyli biszkopt na cydrze, bita śmietana kokosowa i maliny /ostatnia fotę zrobiła J.G./

   P.S. Zaliczyłam też sesję, oficjalnie adoptowałam już Kluskę moją tymczaskę i udało mi się namówić pewnego autora, żeby poprowadził warsztaty z moimi osadzonymi. To jakieś śmieszne prawo kosmosu, pozytywy się klonują. :)

Pzdr K.

piątek, 30 maja 2014

Ach te niespodziewajki

    Zdarzają się też takie chwile, kiedy mam wrażenie, że nadmiar  "wrażeń" mnie przerasta. Kilka tygodni temu jeden liść od losu, wiadomość na temat zdrowia, ale ok. już się z tym pogodziłam i stwierdziłam, że będzie dobrze - nie minął miesiąc, a tu następny liść...
    Wierzę, że można się nauczyć optymizmu, czy zdrowego realizmu pomimo uwarunkowań wyniesionych z domu, można się nauczyć radzić sobie i trzymać fason mimo przeciwności. Sama uważam się za osobę silną, wrażliwą, ale silną! z niejednego życiowego dołka wyszłam, pozbierałam się, dałam radę. Czasami tylko…  jak się trafi nowa „niespodziewajka” /czyt. taka jak dzisiaj/ mam ochotę pierdolnąć ręką w ścianę i krzyczeć kuuuurwaa! Dobrze, że mój wkurw nie trwa długo. Co by na to sąsiedzi powiedzieli... 
   W pierwszym momencie problem mnie paraliżuje, mam ochotę zwinąć się w kłębek, ryczeć w kącie i szukać rycerza, który mnie osłoni swą srebrną tarczą,  ale później podnoszę głowę, zagryzam zęby, pokazuję przeciwnościom mojego FUCKA i działam, szukam pozytywów, nie łamie się. Pieprzyć przeciwności, pieprzyć je, robić swoje, układać życie po swojemu. Wierzyć w siebie, w to że dorastamy do wymagań jakie stawia życie. To jest ważne.


   

 
W naszych głowach bytują pewne stworzenia, które należy regularnie podduszać ;)


Pzdr.

czwartek, 29 maja 2014

Co u MG czyli jak przeżyć za małą kasę i nie zwariować

     A no niełatwy ten miesiąc, niełatwy. Większość wypłaty poszła na 2 ratę za szkołę czyli jakieś 8 stówek, po zapłaceniu rachunków /czynsz, prąd, gaz, śmieci, telefon, Internet, plus rata kredytu, który spłacam/ niewiele zostaje, bardzo niewiele :P
Ostatnio więc mocno zaciskam pasa. Opłacam wszystko i na żarcie zostaje za mało zdecydowanie za mało, już nawet nie wspominam o innych potrzebach jak np. kupno butów na wiosnę… albo wypad do Krakowa, kiedy jadą najlepsze przyjaciółki. Niestety takie „wysublimowane” potrzeby schodzą na dalszy plan... Nie łamie się jednak, z czasów mieszkania w domu rodzinnym posiadam umiejętność minimalizowania swoich potrzeb chociaż to nic przyjemnego, ale traktuje to jak okres przejściowy. Wiele rozrywek można zapewnić sobie bez nakładów pieniężnych jak np. bezpłatne warsztaty fotografii w bibliotece, na które właśnie chodzę :). Rozkminiam teżróżne tanie przepisy. A ciuchy?
na nowe już od jakiegoś sporego czasu /odkąd zaczęłam zaoczne studia/ nie wydaję kasy. Jedynie na co sobie pozwalam to ciucholand i przeróbki starych ciuchów u Marty /recykling szafy/.  Dobry myk mam też z fryzjerem, raz na 4 miechy wpadam na strzyżenie całości, a co miesiąc za free obcinają mi grzywkę, farbuje się sama , jeśli chodzi i hennę brwi i regulację też robię sama.
    Na wielu rzeczach można oszczędzać, z wielu zrezygnować, zresztą ostatnio myślę, że ja naprawdę niewiele potrzebuję. Tylko szkoda mi, wypadów ze znajomymi tak częstych jakbym chciała i gotowania tego na co mam ochotę i wypróbowywania nowych przepisów – co sprawia mi OGROMNĄ przyjemność – no ale cały czas liczę, że to stan przejściowy ;) Postanowiłam więc wrzucać od czasu do czasu przepisy kuchni kryzysowej, czyli takie kiedy w portfelu mało, a trzeba jeść,  żeby nie wyglądać jak zombie. Zachwyciłam się blogiem - kobiety, która pisze o planowaniu jadłospisu i to dla całej rodziny przy niewielkim budżecie. Przy całej skromności życia, robi to wszystko z głową i niesamowitą pogodą ducha. 


A tu taki łach czyli "Szczepan i Irenka" o oszczędnym życiu, serial z Canal+, który kiedyś bardzo lubiłam.



Poniżej zdjęcia mojego ostatniego żarcia zabranego do pracy, kotlety z białej fasolki z surówką z marchewki, jabłka z cynamonem + rzodkiewa na vinylu ;) i kryzysowa pomidorowa, której wyszedł mi cały gar i którą zajadam ze smakiem. W ramach oszczędnych rozrywek - wyszperałam też 2 filmy w bibliotece z nowego kina rosyjskiego. :)




Pzdr.