piątek, 30 maja 2014

Ach te niespodziewajki

    Zdarzają się też takie chwile, kiedy mam wrażenie, że nadmiar  "wrażeń" mnie przerasta. Kilka tygodni temu jeden liść od losu, wiadomość na temat zdrowia, ale ok. już się z tym pogodziłam i stwierdziłam, że będzie dobrze - nie minął miesiąc, a tu następny liść...
    Wierzę, że można się nauczyć optymizmu, czy zdrowego realizmu pomimo uwarunkowań wyniesionych z domu, można się nauczyć radzić sobie i trzymać fason mimo przeciwności. Sama uważam się za osobę silną, wrażliwą, ale silną! z niejednego życiowego dołka wyszłam, pozbierałam się, dałam radę. Czasami tylko…  jak się trafi nowa „niespodziewajka” /czyt. taka jak dzisiaj/ mam ochotę pierdolnąć ręką w ścianę i krzyczeć kuuuurwaa! Dobrze, że mój wkurw nie trwa długo. Co by na to sąsiedzi powiedzieli... 
   W pierwszym momencie problem mnie paraliżuje, mam ochotę zwinąć się w kłębek, ryczeć w kącie i szukać rycerza, który mnie osłoni swą srebrną tarczą,  ale później podnoszę głowę, zagryzam zęby, pokazuję przeciwnościom mojego FUCKA i działam, szukam pozytywów, nie łamie się. Pieprzyć przeciwności, pieprzyć je, robić swoje, układać życie po swojemu. Wierzyć w siebie, w to że dorastamy do wymagań jakie stawia życie. To jest ważne.


   

 
W naszych głowach bytują pewne stworzenia, które należy regularnie podduszać ;)


Pzdr.

czwartek, 29 maja 2014

Co u MG czyli jak przeżyć za małą kasę i nie zwariować

     A no niełatwy ten miesiąc, niełatwy. Większość wypłaty poszła na 2 ratę za szkołę czyli jakieś 8 stówek, po zapłaceniu rachunków /czynsz, prąd, gaz, śmieci, telefon, Internet, plus rata kredytu, który spłacam/ niewiele zostaje, bardzo niewiele :P
Ostatnio więc mocno zaciskam pasa. Opłacam wszystko i na żarcie zostaje za mało zdecydowanie za mało, już nawet nie wspominam o innych potrzebach jak np. kupno butów na wiosnę… albo wypad do Krakowa, kiedy jadą najlepsze przyjaciółki. Niestety takie „wysublimowane” potrzeby schodzą na dalszy plan... Nie łamie się jednak, z czasów mieszkania w domu rodzinnym posiadam umiejętność minimalizowania swoich potrzeb chociaż to nic przyjemnego, ale traktuje to jak okres przejściowy. Wiele rozrywek można zapewnić sobie bez nakładów pieniężnych jak np. bezpłatne warsztaty fotografii w bibliotece, na które właśnie chodzę :). Rozkminiam teżróżne tanie przepisy. A ciuchy?
na nowe już od jakiegoś sporego czasu /odkąd zaczęłam zaoczne studia/ nie wydaję kasy. Jedynie na co sobie pozwalam to ciucholand i przeróbki starych ciuchów u Marty /recykling szafy/.  Dobry myk mam też z fryzjerem, raz na 4 miechy wpadam na strzyżenie całości, a co miesiąc za free obcinają mi grzywkę, farbuje się sama , jeśli chodzi i hennę brwi i regulację też robię sama.
    Na wielu rzeczach można oszczędzać, z wielu zrezygnować, zresztą ostatnio myślę, że ja naprawdę niewiele potrzebuję. Tylko szkoda mi, wypadów ze znajomymi tak częstych jakbym chciała i gotowania tego na co mam ochotę i wypróbowywania nowych przepisów – co sprawia mi OGROMNĄ przyjemność – no ale cały czas liczę, że to stan przejściowy ;) Postanowiłam więc wrzucać od czasu do czasu przepisy kuchni kryzysowej, czyli takie kiedy w portfelu mało, a trzeba jeść,  żeby nie wyglądać jak zombie. Zachwyciłam się blogiem - kobiety, która pisze o planowaniu jadłospisu i to dla całej rodziny przy niewielkim budżecie. Przy całej skromności życia, robi to wszystko z głową i niesamowitą pogodą ducha. 


A tu taki łach czyli "Szczepan i Irenka" o oszczędnym życiu, serial z Canal+, który kiedyś bardzo lubiłam.



Poniżej zdjęcia mojego ostatniego żarcia zabranego do pracy, kotlety z białej fasolki z surówką z marchewki, jabłka z cynamonem + rzodkiewa na vinylu ;) i kryzysowa pomidorowa, której wyszedł mi cały gar i którą zajadam ze smakiem. W ramach oszczędnych rozrywek - wyszperałam też 2 filmy w bibliotece z nowego kina rosyjskiego. :)




Pzdr.

poniedziałek, 5 maja 2014

Taki dziwny był ten kwiecień

Pogoda jaka jest każdy widzi,  w postanowieniach jakoś się trzymam, jem znacznie mniej słodyczy, czyli ograniczam,  ćwiczę brzuszki z Tammylee i więcej czytam. Miałam właściwie rozliczyć się z tego ile wchłonęłam strawy dla ciała i duszy jest tego sporo więc poprę to kilkoma przykładowymi zdjęciami.  Niestety referat z hkk jak zwykle jest pisany na ostatnią chwile i jeszcze ten wypadek w pracy. Spadłam ze schodów, skręciłam nogę i zerwałam torebki stawowe. Jestem unieruchomiona akurat wtedy gdy mam latać po bibliotekach i zbierać materiały do referatu.
Dużo rozkminiam, niestety myślę o tym, co by było gdyby moje życie poukładało się inaczej i to zupełnie bez sensu, bo niektóre sprawy się nie zmieniają i myślenie o tym rozpieprza mnie na małe kawałeczki. Chce iść naprzód, niestety sentymentalizm to chyba moja cecha wrodzona. Ciężko jest po tak długim czasie przyzwyczajania się do czegoś ważnego, po tak długim czasie dzielenia z kimś codzienności, wymazać wszystko z pamięci. Chciałabym się ubrać w taki gruby ochronny pancerzyk.  Jestem trochę jak taki pocisk z opóźnionym zapłonem, świadomość tego wszystkiego, co wydarzyło się pod koniec zeszłego roku, dotarła  do mnie z opóźnieniem. W zeszycie, który założyłam jeszcze w trakcie sesji kołczingowych  napisałam „najbardziej bolesne są marzenia, które zapowiadały się bardzo realnie, a się nie spełniły. Trzeba marzyć ostrożnie” i to zdanie opisuję w jak chujowym nastroju właśnie jestem. Bo przecież normalnie wcale się nie zgadzam z „marzeniem ostrożnie”, to bzdura! Marzyć i żyć trzeba odważnie i z pasją!, a nie ostrożnie. Póki co cisnę temat z ćwiczeniami i czekam na cudowny zbawienny ich wpływ na mój nastrój.

Więc sobie pomarzę o:
Tarcie czekoladowo-kokosowej z płatkami migdałów
Mięśniach brzucha takich jakie miałam kilka lat temu
Formie jaką miałam 3 lata temu
Wypadzie do Bawarii i zwiedzaniu Niemiec
Kilku wycieczkach z Wytwórni Wypraw
Powrocie do tańca i warsztatach z kontakt improwizacji
Wakacjach nad morzem
Długich włosach
Licencjacie z INIB
Dobrej znajomości rosyjskego
I takiej bliskości od której cierpnie skóra i porozumieniu bez słów


Marilyn i francuzy z jabłkiem
śniadanko
racuchy

Lekturka + kawa jak zwykle na sojowym lub ryżowym i koktail bananowo-pietruchowy. Pzdr.

wtorek, 15 kwietnia 2014

zupa dla bardzo leniwych vegusów ;)


Zupa krem z zielonej fasolki szparagowej z prażonym słonecznikiem, grzankami i kroplą oleju z pestek winogron.

 Składniki:
paczka mrożonej fasolki szparagowej /u mnie ta z Biedronki/
1 marchewka
1 pietruszka korzeń
Olej rzepakowy
Olej z pestek winogron
Kostka rosołowa wege, suszona pietruszka 1 łyżeczka, piniola 1 łyżeczka. /przyprawa na wagę kupiona w "Pachnącej księgarni" na Wita Stwosza.

Mrożoną fasolkę ugotować, ale nie rozgotować ;) odlać wodę, ale zostawić trochę.

Marchewkę i pietruszkę zetrzeć na tarce o grubych oczkach, usmażyć na odrobinie oleju rzepakowego, z tym olejem to nie przesadzać, dać odrobinę i potem podlać trochę wodą.

Zblendować ugotowaną fasolkę, usmażona marchewkę i pietruszkę z niewielką ilością wody, którą została po gotowaniu fasolki.

W osobnym garnuszku zagotować kostkę rosołową, suszoną pieruszkę i piniolę w ¾ litra wody i zagotować.

Dodać ten wywar to zmiksowanych warzyw, zagotować wszystko razem około 10 minut, dodać łyżkę oleju z pestek winogron.

Podawać ze słonecznikiem uprażonym na suchej patelni i grzankami z białego pieczywa i łakomie zajadać.


 Smacznego :)